Ku niej prowadzą ścieżki wszelakie.



 

Wy też tak macie, że wszystkie ścieżki prowadzą Was na muzyczne manowce?

Zwyczajny dzień, prozaiczne czynności, krzątanina wokół palących obowiązków – nagle spada na mnie kilka akordów i już jestem jej, muzyki. Jednym ruchem strącam z siebie okruchy powszedniości, zamiatam pod dywan resztkę niedokończonych spraw i odpływam w inny wymiar.

Hormony buzują we mnie, tarmoszą nielitościwie moją kobiecość, wszystko mnie tłamsi, przytłacza, jakaś nieokreślona liryczna rozpierducha przetacza się przez moją emocjonalność – i gdzie uciekam? Masochistycznie wpadam w głębię najbardziej poruszających piosnek: takich, co to jako jedyne wiedzą, które pokłady wspomnień czy skojarzeń rozbujać we mnie do granic niemożliwości.

Rozsadza mnie wkurw totalny. Bez kija nie podchodź, sypię gromami na lewo i prawo, jestem gotowa rozjechać – niczym walec – wszystko i wszystkich, którzy w tej niefortunnej chwili pojawią się na mojej drodze. I oto wystarcza kilka dźwięków, by uziemić wszystkie te niefajne emocje, jak za dotknięciem magicznego piorunochronu. Jakby jakiś doświadczony dyrygent nadał właściwy ton mojemu nastrojowi, albo wytrawny treser, sprawnym machnięciem bata, ujarzmił dzikiego tygrysa we mnie. Psssyt… schodzi napięcie… zostaje sflaczała betka niedawnego nadmiaru adrenaliny, ja i muzyka.

Zielono mi w głowie i radość w niej kwitnie – wtenczas też podśpiewuję pod nosem i wywijam w soczystych rytmach.

Wiosna, lato, jesień, zima – wszystkie pory oplata muzyczna pajęczyna. Czy zaliczam festiwalowe wojaże, czy opatulam się ukochanym wrześniem, czy też tyłek grzeję przy zimowym kaloryferze – jest przy mnie, waruje u stóp mego słuchu, jak najwierniejszy psiak. A ja tęsknię, gdy nie słyszę jej melodyjnego skomlenia.

Na śniadanie zarzucam kanapkę, haust gorącego mleka i kilka orzeźwiających tonów. W dzień muza plącze się gdzieś pośród chleba powszedniego, popod stertą narosłych obowiązków albo szczytuje, wyjękując skumulowany głód. Nocą gnieździ się w okolicy uszu, moszcząc sobie posłanie na dobre dobranoc i nadając rytm moim snom.

Zabiera mnie na rozkoszne rendez-vous, gdy pulsuje we mnie samotność. Wbija się do łóżkowego trójkąta, gdy z Nim sam na sam harce chcę wyczyniać. W większym gronie skacze z ust do ust, z gitary do gitary, rozsiewając wokół muzyczną zarazę. Jest zawsze i wszędzie, jakby zazdrośnie strącić chciała z piedestałów Tego, o którym mawiają, że nie ma Początku, ni Końca… Ja też nie pamiętam początku tej miłości i nie wyobrażam sobie jej końca; moc bowiem ma przeogromną.

Lubię te poplątane ścieżki, uwielbiam te muzyczne manowce. Sądzę, że Wy również – nie mylę się, prawda?

 

Anna Jełłaczyc

zdjęcia: Piotr Kanonik

Zostaw odpowiedź