Brant Bjork “Gods & Goddesses” – desert rock, stoner rock i piaski pustyni.



Brant Bjork dobrze jest znany wszystkim miłośnikom stoner-rocka i desert rocka. To twórca utworu „Green Machine” i współzałożyciel stonerowej legendy Kyuss, w której zasiadał za bębnami. Z Kyuss, Bjork nagrał trzy płyty i gdy sława zespołu sięgała szczytu postanowił odejść. Jak każdy z muzyków Kyuss obdarzony został silną osobowością i długo na urlopie nie pozostał.

W dziesięć lat zdołał nagrać osiem płyt solowych, grać w tak znanych formacjach jak Fu Manchu, Ten East, Che oraz współpracować z Melissą Auf der Maur. Dodajmy do tego własną wytwórnię płytową i pracę producenta, a wyjdzie nam, że mamy doczynienia z kolejnym, na polu muzyki, tytanem pracy. Skąd oni się biorą?
W wypadku Branta Bjorka, wygląda na to, że z pustyni, a dokładniej Palm Desert. Najwyraźniej wyjące kojoty, wszędobylski piach i niesprecyzowany indiański duch ma w tym swój udział. Brant Bjork nagrywa płyty różne. Jedne podobają mi się bardziej, inne mniej ale we wszystkich drzemie ten jego stonerowy duch, nawet gdy sięga po inne gatunki muzyczne.

Jakie jest wydane w tym roku „Gods & Goddesses”?
Odpowiedź pierwsza – inne niż poprzednie płyty.
Odpowiedź druga – funky and soul ze space-rockiem i posypane piaskiem.
Odpowiedź trzecia – O! Brant Bjork!

Rozpoczynające „Dirty Bird” to kolejny rodzynek w twórczosci Branta. Ktos mówił, ze nie umie zgrać boogie? No to proszę mamy boogie. Są i pogłosy i proste sola, bujający klimat. Normalnie „Psychodeliczny kowboj”, że pozwolę sobie posłużyć się tytułem utworu rodzimej grupy Apteka. „The Future Rock” to już Brant, który nie zaskakuje. Jest stonerowo, pogłos dołożony na wokalu, melodia wyrazista, a grupa równo wiezie nas za pomocą fuzzujących gitar wspieranych ślizgami po gryfie i motoryczną pracą sekcji
rytmicznej. „Little Word” to zdecydowanie mój ulubiony utwór z płyty. Rozmyty klimat w którym przewija się space rock, duża ilość Kyuss i psychodeliczne odjazdy. Doskonale stopniowane napięcie sprawia, że słucha się tego jak w transie. Jest w nim coś z szamańskich obrzędów i transowości rytualnego tańca. „Blowin Up Shop” buja nas ponownie funkiem, głębokim pogłosem na wokalu. „Good Time Bonnie” z punkowym nabijaniem perkusisty i gitarowymi zagrywkami prowadzi nas w kierunku Jimiego Hendrixa. Zamykające płytę „Somewhere Some Woman” to kolejna perełka na tej płycie. W ciągu ponad pięciu minut
dostajemy stoner jaki mógł wyjść spod instrumentów Kyuss w początkowej fazie utworu, by później dać ponieść się w rejony psychodeliczne, a momentami nawet bliskie muzyce jaką skomponował do filmu „Truposz” Neil Young. Ba, przez chwilę można by nawet posądzić Branta o granie w stylu doom… taki pustynny, ociężały od słońca i ociekający potem doom.

Miałem z tą płytą spory problem. Początkowo jakoś nie mogła do mnie trafić jej zawartość, lecz na szczęście kilka kolejnych szans, było strzałem w dziesiątkę i teraz zajmuje w odtwarzaczu sporo czasu. Mimo, że wszystkie utwory na płycie nagrane zostały w niemal zbliżonych tempach. Mimo, że po pierwszym słuchaniu ma się wrażenie, że już się to słyszało i czy to aby kolejny utwór? Mimo, że płyta jest krótka (to może być także zaletą). To równa i całkiem udana płyta, której trzeba dać szansę.

Brant dokonał już rewolucji z Kyuss i nic nikomu nie musi udowadniać. Niech sobie nagrywa takie płyty jak chce, a wygląda na to, że jednak częściej nam razem po drodze przez tą pustynię niż osobno. Kto zresztą chciałby łazić sam po pustyni? Wolę zabrać się
z Brantem Bjorkiem i jego “Gods & Goddesses”.

autor: Darek Wajszczak

Zostaw odpowiedź